Niech o tobie pamiętam...
...tak jak o nich.
Korytarz pełen drzwi:
Moje pokoje
ZooTerror Team - forum naszej bardzo chorej ekipy...
Warsaw by Day - czyli mniej mrrrrroczna i cierrrrpiąca strona mojej osobowości...
MED - mój klan, moja Daemonowa rodzina. Pro Salubrita Mundi Daemonorum!
Galeria - bo czasem lubię cos maznąć. Relaks po ciężkiej nocy.
Rodzina i nie tylko
Mgła - alias Azi, alias Rudziątko. Proponuję ciemne okulary. ;)
Sadness - strefa szaleństwa. Wejście grozi wyładowaniem Paradoksu.
Nendir Mylfeth - 5000 lat, Błękitna Krew i stanowisko Egzekutora Camarilli...
Drzwi na zewnątrz
Daemon - gdzie Klan MED stara się zaprowadzić porządek...
MegaTokyo - jeśli jeszcze nie czytałeś, to trzeba to naprawić ;)
MagiSystem - coś dla fanów NGE.
Ciemny korytarz
Poznajcie Gerarda. Gerard jest nieboszczykiem. Chciał mi odebrać kałasznikowa z bagnetem. ;)
Żeby nie zapomnieć...
2005
grudzień
wrzesień
sierpień
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
październik

[Yon Oni no Uji] Upadek
Czuwała od od zachodu słońca. Właściwie już dawno przestawiła się na nocny tryb życia, choć czasem miała z tym jeszcze problemy. Ostatnie noce były szczególnie trudne... nie, były po prostu jednym pasmem stresu. Wiedziała, że stan Hirokiego pogarszał się - znała filozofię Ścieżki i konsekwencje odstępstw, których się dopuszczał. Między innymi dla niej. Powoli zaczynała żałować, że jednak nie zgodziła sie na towarzystwo Uesugiego. Ostrzegał ją, że Hiro-kun może być niebezpieczny, gdy obudzi się z Małej Śmierci. Zlekceważyła go, a teraz z godziny na godzinę miała coraz gorsze przeczucia.
Ciało leżące na łóżku drgnęło i podniosło się powoli. Świadomość że jego rany nie krwawią tak jak ludzkie zawsze budziła w niej dyskomfort, ale teraz wyglądało to po prostu koszmarnie. Rozcięte, ale leczące sie już mięśnie drgały i ślizgały się pod porozdzieraną skórą, bladą i zwiotczałą jak u trupa.
Nie to jednak najbardziej ją przerażało. Kiedy oczy Hirokiego otworzyły się, jej strach znalazł o wiele lepsze źródło. Znała te oczy; ich białka były czarne, a w środku paliły się potworne czerwone ogniki.
Nie zdążyła nawet krzyknąć, a już był na niej, przygniatając ją do podłogi. Jedna jego ręka zgniatała oba jej nadgarstki, szpony drugiej wbijały się w pierś. Blade wargi demona rozchyliły się, odsłaniając długie, błyszczące kły.
- Nie... Hiro-kun... Proszę, nie... - wykrztusiła. - Nieee!
Potwór zaśmiał się i zatopił zęby w jej szyi. Zawyła, jego jad rozlał się po całym jej ciele. Nie spieszył się. Wysysał z niej krew powoli, jakby rozkoszując się zadawanym jej bólem. Jego ręce błądziły po całym jej ciele, pazury rozdzierały ubranie i skórę. Płakała, ale nie była w stanie go odepchnąć.
Nagle jego zęby znów zacisnęły się, wyrywając z jej gardła kolejny jęk. Przez moment widziała znów jego oczy - stalowoszare i przerażone. Potem usłyszała jego oddalające się szybko kroki. Z trudem uniosła się do pozycji siedzącej i pustym wzrokiem potoczyła po pokoju. Wyciągnęła komórkę i wybrała numer Uesugiego, zanim zrobiło jej sie ciemno przed oczami. Osunęła się znów na podłogę.
- Hiroki...
=+=
KURUMA TAIKI!!!
Głos demona przetoczył się jak grom nad Miastem. Gdzieś za plecami byłego policjanta rozległy się skrzeczące echa.
Kururumaa! Taiiikkiii! Krrruma!
Uciekał, choc wiedział że nie ma to sensu. Przez ramię widział pełzające po ulicach cienie goniących go demonów... i innych potępieńców. Kilku z nich znał jeszcze z czasów przed Miastem. To jemu zawdzięczali to, że tu trafili. I koniecznie chcieli mu się odwdzięczyć. Robili to co dzień i co noc, chociaż tutaj te pory zlewały się w jedno pod jednostajnie niebieskim, dziko rozbłyskającym niebem - okiem Króla.
Cios w pierś ściągnął z powrotem jego uwagę. Między jego żebrami tkwiło długie, czarne ostrze. Stalowy żołnierz oparł o niego stopę i pociągnął; Taiki upadł i od razu podniósł się na kolana, ale wiedział, że już tylko na tyle go stać. Śmierć znowu rozlewała się zimną falą po jego ciele. Parsknął histerycznym śmiechem, patrząc w górę, prosto we wszystkowidzące, niezmienne oko Mikaboshiego.
Uciekał przed karą za swoje poczucie sprawiedliwości. I nigdy się nie udawało.
Cóż, pozostawał kolejny dzień.
=+=
Wycie. Wściekłość. Żal. Głód.
Płomień o trojgu oczu, wpatrujący sie w struchlałego potwora.
Obudziły go krople deszczu na twarzy. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach kadzideł. Jakiś młody głos śpiewał monotonną pieśń.
Cały ból opuszczał go teraz, ściekając wraz z wodą w ziemię, żywioł z którego wyszedł. Upadek był bolesny, ale być może warto było cierpieć.
Pieśń urwała się. Otworzył oczy; na tle zachmurzonego wieczornego nieba zamajaczyła znajoma szczupła sylwetka.
- Uesugi... - uśmiechnął się. Tygrys patrzyłna niego bez słowa, jego twarz jak zwykle wyrażała niemożliwe do rozszyfrowania uczucia.
W umyśle przebudzonego ta mska zaczęła sie nagle zmieniać. Rzęsy wydłużyły sie, ocieniając czarne oczy, włosy przyjęły barwę ognia; twarz bladła, a wargi zaróżowiły się i ułożyły w lekki uśmiech.
Shuimei. Siostrzyczka. Patrząc w przeszłość, nawet nie zauważył jak szybko przyzwyczaił się do kobiecego wcielenia swojego przyjaciela. Uesugi były dobrym Szeptem, gdyby ta Ścieżka miała jeszcze jakiś sens. Dla niego już nie miała. To było, miał nadzieję, jego ostatnie wcielenie.
W jego głowie nagle pojawiła się trzecia twarz. Dziewczyna, któa z uporem godnym lepszej sprawy szła wiernie razem z nim, Ścieżką, którą dla siebie wybrał. Szła z własnej woli, bo go kochała. Roześmiana. Poważna. Przerażona. Umierająca.
Rzeczywistość wreszcie upomniała się o swoje. Teraz pamiętał. Ostatnią walkę. Małą Śmierć. Przebudzenie. Głód. Ognistego Żurawia o trzech oczach, pożerającego - nie, ratującego - jego oszalałą duszę.
Ale przede wszystkim pamiętał gorzki, upajający smak jej strachu, jej agonii. Jej. Nanako.
Chmury rozwiały się, ale jego twarz pozostała mokra.
- Uesugi... Ja ją zabiłem...
Wysłane 2005-12-07 15:31:25
skomentuj (1)
Wsłuchaj się w głosy
| ||
Na falach wiatru płyniecie przez noc. | Przeżyć tysiąc żyć
| Wirujące w tańcu,
|
Przez dym i ogień
|
Wysłane 2005-09-02 12:57:47
skomentuj (1)
Kanda zawsze kontrastowała z Akihabarą. Spokojna okolica pełna spokojnych ludzi. Nawet gliniarze wracali tu do domu przed dziesiątą. Na przykład ten, na którego czekał.
Samochód zatrzymał się przed domem. Tai wyszedł powoli spod drzewa.
- Hoshina.
Wysiadający mężczyzna rozejrzał się. Tai westchnął w duchu. Jego dawny przyjaciel... partner.. rozlazł się, brakowało mu dawnego refleksu. Spostrzegawczości, którą kiedyś tak podziwiał.
- Tutaj.
Policjant wreszcie go zauważył. - Przepraszam, czy my... - urwał, kiedy zobaczył twarz Tai'a w świetle lampy.
- Niespodzianka.
- Ty... - Hoshina cofnął się - ...ty przecież...
Ponury uśmiech.
- Technicznie patrząc, rzeczywiście. Nie żyję. Ale wiesz, co mówią o tragicznie zmarłych...
Oczywiście, że wiedział. Hoshina był edokko, zasiedziały tu od pokoleń. Każdy tutaj znał stare tradycje, każdy wiedział o głodnych duchach.
Kolejny krok w tył, ręka pod marynarkę.
- Spokojnie... - uśmiech wampira stał się bardziej łagodny. - Nie przyszedłem cię skrzywdzić, za co? Potrzebuję twojej pomocy. Domyślasz się, co mnie tu trzyma?...
Policjant opuścił ręce. Bez broni.
- T...tamto śledztwo... stanęło w miejscu - wykrztusił. - Odsunęli mnie od sprawy. Nie postawili mu żadnych zarzutów. Nie mieli wystarczajacych dowodów, świadkowie nie żyli.
- Nie szkodzi... Załatwię sprawę sam. Teraz już wiem, że to on... Nie spodziewał się, że po niego wrócę. Pomóż mi, to będę mógł spokojnie zostawić to życie za sobą.
Cisza.
Wampir westchnał i odwrócił się.
- Czekaj. Pomogę ci... Co mam zrobić, Kuruma?
Kuruma. Nazwisko, które zostawił za sobą. Używał go tylko wtedy, gdy musiał.
Przeżyć tysiąc żyć, każde piękniejsze od poprzedniego. Ichichiyo, Tysiąc Pokoleń, Tysiąc Pięknych Żyć.
Skrzywił się. Zanim zacznie się bawić w nowe życie, musi zamknąć stare. A to zależało już tylko od jednej sprawy.
Stare kontakty pozwoliły mu śledzić każdy ruch tego sukinsyna. Nie ma jak policja. Nie mogli postawić mu solidnych zarzutów, ale jeden świadek ciągle tu był. I lepiej niż cały oddział policji mógł załatwić sprawę.
Wysoki, przystojny facet po czterdziestce, w nienagannie skrojonym garniturze, wyszedł z budynku i wsiadł do samochodu. Tai ruszył za nim.
Następnego dnia wszystkie stacje telewizyjne nadawały jedną wiadomość.
Koichi Ashino, szanowany biznesmen, został znaleziony martwy w swoim apartamencie. Chociaż kilka lat temu był przesłuchiwany jako podejrzany w sprawie o serię bestialskich morderstw, jego śmierć potwierdziła jego niewinność.
Został zabity w ten sam sposób, co ofiary sprzed lat.
Młody chłopak w garniturze uśmiechnął się i wyłączył telewizor.
- Tanaka? Jeśli Ichichiyo pojawi się wieczorem, przyślij go do mnie...
Chociaż szczerze wątpił, czy jeszcze spotka Ichichiyo Tai'a.
Taniec Mądrej Stonogi właśnie się zaczynał.
Wysłane 2005-08-31 17:28:10
skomentuj (0)
- Wybacz, Styku. Nie chciałem, żeby tak wyszło...
Blade wargi chłopaka rozciągnęły się w bolesnym uśmiechu.
- Mógłbyś chociaż raz nie kłamać... Dobrze wiedziałeś... że tak będzie...
Przyszli po niego gotowi na walkę do ostatniej kropli krwi. Tymczasem Malkavianin nie stawiał żadnego oporu. Z uśmiechem na ustach czekał, aż przebiją go kokiem. Jakby wiedział. I nawet teraz, mimo wbitego na całą długość kawałka drewna, nadal się szczerzył.
- Na co.. czekasz?
Tzimisce odwrócił się.
- I tak mnie nie zdradzisz. A zanim cię znajdą...
- Ty już zabijesz swojego ojca... albo sam będziesz martwy - dokończył Styku. - W takim razie... lepiej leć. O mnie się nie martw. Może któryś ghul wpadnie... i mnie odkołkuje.
=+=
- Jesteś pewien, że go nie ostrzegł? - Emilia docisnęła gaz. Samochód pędził ciemnymi ulicami Łodzi, oddalając się od Bałut.
- Styku, czy mój syn? - mruknąłem, chociaż odpowiedź była oczywista. Moja najstarsza latorośl była zawsze bezczelna i niepokorna. Ale tym razem Stefan posunął się o krok za daleko. Chociaż... Jaki ojciec, taki syn.
- No przecież, że Stefan.
- Wątpię. Niewiele by z tego miał. Pójdzie raczej do Aleksandra. Dwie pieczenie na jednym ogniu, zdrajcy i konkurencja.
Jarek skrzywił się. - Powinniśmy go znaleźć.
- Nie ma czasu. Jeszcze dzisiaj musimy załatwić sprawę i wyjechać. Policzę sie z nim kiedy indziej...
Nie spodziewałem się, ile będzie mnie kosztować ta decyzja. Gdybym wiedział, odnalazłbym szczeniaka i urwał mu łeb jeszcze przed wizytą u ojca...
=+=
Biskup przyjął ich w okazałym salonie. Wbrew popularnym opiniom o Tzimisce, dom był zadbany i czysty, jak w zamazanych wspomnieniach Pawła. Makabryczne zainteresowania pana domu ograniczały się do piwnicy. Tutaj dominowała inna dziedzina - broń, zwykle dość stara.
Znał ten dom. Przez pół roku, które wolałby naprawdę zapomnieć, było to jego schronienie... chociaż jego najgorszy koszmar mieszkał razem z nim. Był jego gospodarzem.
- Wiesz, zabolało mnie, gdy uciekłeś - biskup skinął na ghula, gdy już usiedli w fotelach. Sługa, uroczy chłopak, podał kielichy. Wyglądał na tle innych służących jak anioł; jego uroda miałą w sobie coś z kobiecości. Efekt Zniekształcenia, pomyślał Paweł.
- Masz rację - odezwał się biskup. Pawłowi zajęło chwilę uświadomienie sobie, że biskup nie czyta w jego myślach, lecz po prostu uważnie obserwuje... i zauważył zrozumienie w jego oczach. - Gabriel jest moim najpiękniejszym dziełem. Przygarnąłem go po twoim odejściu... Służy mi bardzo wiernie.
Pieszczotliwie dotknął policzka ghula, zmazując bez śladu pieprzyk pod okiem.
- Ale powiedz mi... synu... co się z tobą działo od twojego odejścia? Wróciłeś właśnie w momencie, gdy najbardziej tego chciałem...
To był odpowiedni moment. Wymagał tylko dobrego rozegrania kart.
- Wybacz, ojcze... ale wolałbym rozmawiać o tym w węższym gronie. Nie ufam nikomu, kto nie jest z naszej krwi... Nawet jej - wskazał głową na Emilię. - Rozumiesz więc... nie mogę nic powiedzieć, dopóki w tym pokoju są ghule.
Palec biskupa okrążył brzeg pucharu, zgarniając kroplę krwi, a następnie uniósł się do kształtnych, jakby wyrzeźbionych z marmuru warg.
- Wątpisz w lojalność moich sługów?
- W ich dyskrecję. Wątpię, czy pourywałęś im języki... albo czy każdego z osobna złamałeś.
Klielich stuknął o blat, wargi rozciągnęły się w uśmiechu.
- Masz rację. Nieliczni dają się trwale złamać... a wtedy bardzo tracą na wartości. Sam mnie tego nauczyłeś... Dobrze - machnął ręką. - Wyjdźcie. Najlepiej wracajcie do swoich pokojów, wezwę was. Ty też - uśmiechnął się, nie bez złośliwości, do swojego faworyta. Ten otworzył usta, ale nic nie powiedział. Ukłonił się i wyszedł.
Paweł przeszył Emilię zimnym wzrokiem. - Ty też. I nie podsłuchuj. - Gangrelka wyszła bez słowa chociaż wiedział, że w innej sytuacji bardzo by ją zranił... Ale teraz wiedziałą, że musi zachowywać pozory. Drzwi zatrzasnęły się, w salonie pozostali tylko trzej Tzimisce.
Biskup pokręcił głową.
- Wybrałeś sobie całkiem ładną maskotkę.
- To nie maskotka... Opiekuję się nią, bo dałem słowo jej ojcu.
- Gangrelowi? Cóż, wiele się jeszcze musisz nauczyć...
- Moja podopieczna przynajmniej nie bierze pod uwagę, że mogłaby mi pyskować... - Paweł uśmiechnął się cierpko. Biskup wstał z fotela i podszedł do kominka, żeby nalać więcej vitae.
- Gabriel jest uroczy i wierny, ale zbyt ambitny. Wierzy, że przyjmę go do klanu... ubzdurał sobie nawet, że mu to obiecałem. Kiedy indziej może nawet bym to zrobił, ale los zwrócił mi ciebie.
- Co z nim zrobisz? Chyba jest zazdrosny.
- Jeśli będzie uciążliwy, po prostu go zniszczę... Nieposłuszny sługa to marnotrawstwo czasu i uwagi - podał Pawłowi kielich. Jarek siedział obok, milcząc. Wiedział dobrze, że w domu Tzimisce panuje ścisła etykieta... a ta zakazywała szczenięciu jego pokroju wypowiadania się bez pytania.
Paweł wypił i zaczął wreszcie opowieść - oczywiście, odpowiednio spreparowaną. Nie wspomniał nic o warszawskich czasach. Po Rytuale Wcielenia wykopał się dopiero następnego wieczora i od tej pory błąkał się, bez pamięci, aż w końcu zagrzebał się znów w ziemi. To było, jak zorientował się po przebudzeniu, w okolicy Bydgoszczy. Miał szczęście, znalazł sforę, która się nim pote zaopiekowała. Reszta zgadzała się mniej więcej z rzeczywistością. Przyznał się nawet do tego, że zamordował kapłana sfory...
Biskup roześmiał się cicho.
- Znałem go. Jako Tzimisce był bezwartościowy. Zero finezji, zero honoru. Zbyt otwarty ze swoimi ambicjami. Jesteśmy Smokami, nie słoniami.
Paweł kontynuował swoją historie, aż do przybycia do Łodzi. Widział, że jego ojciec niemal pęcznieje z dumy; ten młody nieudaniec jednak pokazał pazur, był godnym potomkiem.
Biskup wstał w końcu, aby znów napełnić kielichy. Paweł również wstał.
- Piękna kolekcja broni, ojcze... chociaż zdawało mi się, że była mniejsza - zdjął ze ściany ciężki miecz. Musiał się teraz uspokoić. Zwykła rozmowa o broni. Żadnego zdenerwowania, napięcia.
- Prawda? Powiększyła się od twojego odejścia - stary Tzimisce rzucił mu spojrzenie przez ramię. - A, to. Prezent od pewnego Furiata. Twierdził, że znalazł sobie lepszą zabawkę. Jako ignoranta w kwestii historii łatwo go przekonałem, żeby oddał mi to cacko... - podał Pawłowi naczynie i podszedł do przeciwległej ściany. - To, co trzyamsz w ręku, to Claymore. Bardzo stary i bardzo kosztowny. A ten tutaj - wskazał na miecz przed sobą - to krzyżacka robota. Solidny. Każdy kolekcjoner chciałby go mieć.
Kątem oka dostrzegł, jak coś błyszczącego leci przez pokój. Obrócił się i zobaczył rozpryskujący się o ścianę kielich. W następnej chwili potężny cios w bark zwalił go z nóg.
Paweł jeszcze raz uniósł miecz, tnąc oburącz z góry. Stary wampir wierzgnął na oślep, przewracając go, zanim ostrze go dosięgło.
Jarek rzucił się, ale było już za późno. Okaleczone ciało na podłodze zaczęło ciemnieć i rosnąć...
=+=
Jakiś ciemny kształt przesunął się nade mną... potem usłyszałem tylko krótki krzyk i odgłos rozrywanego ciała. Wiedziałem, że to był mój ojciec. I że mój syn w tym momencie przestawał istnieć.
Miałem wrażenie, jakby gdzieś w środku, w miejscu gdize miałem serce, rozlał benzynę i podpalił. Poczułem ubranie pękajace na moim grzbiecie. Przez głowę przemknęło mi jeszcze tylko jedno: "Mam nadzieję, że Emilia zaryglowała nas od zewnątrz". Potem - był już tylko ogień i krew.
=+=
Drzwi otworzyły się z hukiem. Pośrodku zdemolowanego salonu Emilia zobaczyła dwie olbrzymie postacie, splecione w jakimś przerażającym uścisku. Ciemny zulo, jakiego pamiętała z czasów starej sfory, starał się wyrwać białej istocie, którą znała o wiele lepiej. Kły Pawła wbite był głęboko w gardło drugiego Tzimisce, któremu coraz wyraźniej brakowało sił.
W końcu szpony rozluźniły się i ciemny kształt padł na podłogę, powoli rozsypując się w pył. Biały zulo uklęknął przy leżącym obok, poszarpanym ciele. Podniósł z ziemi urwaną, nie sypiącą się jeszcze głowę i zawył. Pobiegła do niego.
W drzwiach stanął Gabriel, a za nim reszta ghuli. Paweł wstał, utrzymując dalej swój potworny, chociaż i tak złagodzony kształt.
- Krew waszego pana płynie teraz w moich żyłach. Ta sama krew, której służycie. Wracajcie do swoich pokojów. Wszyscy.
Nie mogli nie usłuchać. Jedynie Gabriel pozostał na swoim miejscu.
- Ty też. Nie martw się, wypełnię to, co przyrzekł ci mój ojciec.
=+=
Samochód pędził w stronę dworca. Nie mieliśmy dużo czasu, łuna była widoczna nawet z tej odległości.
Warto było poświecić trochę wiecej czasu i wynieść z domu część kolekcji mojego ojca. Znałem w Warszawie kogoś, kto mógłby się nią zainteresować.
Takimi myślami próbowałem zagłuszyć sumienie. Nie udawało mi się.
Mój syn nie żył. Z mojej winy. Powinienem był odprawić go razem z Emilią, pies ogryzł pozory.
Zabiłem swojego ojca. Pożarłem go. Zasługiwał na śmierć, wiedziałem o tym... ale traz uświadamiałem sobie, że wcale sie go nie pozbyłem. Diedział gdzieś głęboko we mnie, wyjąc z wściekłości, ale też śmiejąc się ze mnie.
Potem przyszedłem do każdego ghula z osobna... Wypiłem ich wszystkich, cicho i dyskretnie. Wielokrotne morderstwo.
A najbardziej z nich było mi żal Gabriela. On naprawdę wierzył, że napoję go i będzie moim dzieckiem... Ale nie mogłem. Położyłem jego ostygłe ciało w salonie, przy jego panu, razem z innym ghulem. Byli w podobnym wieku, co ja i Emilia. Najlepiej nadawali się do zamaskowania tego, co zrobiliśmy.
Podłożenie ognia pod dom nie było problemem. Mogli uznać, że nie zdążyliśmy uciec i spaliliśmy się razem ze wszystkim. Ojciec nie miewał wielu gości, więc zniknięcie części broni ze ścian zostanie zauważone dość późno...
Pozostawało dotrzeć na pociąg i uciekać z miasta. I mieć nadzieję, że w Warszawie nie ogłosili jeszcze Łowów...
Spojrzałem na Emilię. Z zaciętym wyrazem twarzy prowadziła samochód, łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy. Nagle odwróciła sie do mnie i uśmiechnęła. I wtedy, chociaż tylko przez moment, czułem, że jednak zrobiłem coś dobrego.
=+=
Gorący wiatr rozwiewał długie włosy chłopaka, gdy patrzył bez większego strachu na płonący dom.
- Powodzenia, braciszku... I niech cię tam w Warszawie nie zagryzą.
Roześmiał się głośno i odszedł. Malkavianie nie zdradzają swoich braci. Nawet, jeśli sami zostali zdradzeni.
Wysłane 2005-08-29 17:18:25
skomentuj (1)
Dawno mnie tu nie było... cóż, wena nie wybiera, przychodzi i odchodzi kiedy chce. A poieważ zwykłą pisaninę przeniosłęm na drugiego bloga, tu zrobiło się pusto...
Pomyślimy.
Wysłane 2005-08-29 15:40:48
skomentuj (0)
Prawdopodobnie tam będę od tej pory umieszczał teksty nie związane z WoDem - przemyślenia typu "Najgorsza choroba..." czy "Mój deszczowy krajobraz".
=+=
Azi, bardzo mi przykro. Tym razem nie dlatego, że nie byłem w stanie ci pomóc - apelacji do Pana Boga niestety nie da się złożyć.
Przykro mi, bo nie jestem w stanie nawet napisać paru słów pocieszenia... po prostu nie umiem pocieszać. Chyba kiepski ze mnie przyjaciel. :(
Wysłane 2005-05-20 15:17:40
skomentuj (2)
Ostatnio coraz bardziej uciążliwe stają się dla mnie grupy maniaków, fanatyków i upierdliwców wszelkiej maści.
XIII Kompania Palantów, do przeglądu wystąp!
Zamordyści-alterglobaliści szaleją w Warszawie. Pełno ulotek i plakatów. Podobno walczą przeciw hipokryzji polityków. Nie wątpię, że wielu rzeczywiście tak uważa, ale niech mi odpowiedzą na jedno pytanie: co sami zrobili, żeby było inaczej? Demonstracje? W ten sposób mogą co najwyżej sparaliżować drugie pół miasta (bo pół jest już zamknięte dla bezpieczeństwa uczestników Wielkiego Wydarzenia Politycznego, skądinąd równie uciążliwych).
Przypadek drugi: neonaziści. Świry, które głoszą odrodzenie "jedynego słusznego Aryjskiego narodu". Oczywiście nie zorientowali się jeszcze, że nie istnieje coś takiego, jak "naród Aryjski". W dodatku ci podobno nacjonaliści nie są w stanie uwolnić się od niemieckich korzeni swojej pseudofilozofii - bo nikt nie powie mi, że "Sieg Heil" jest polskim pozdrowieniem. To mają być nacjonaliści? Nacjonalizm zawsze kojarzył mi się z umiłowaniem swojego narodu, swojego kraju. Taka bardziej radykalna i ksenofobiczna (i moze dlatego nie do końca przeze mnie lubiana) odmiana patriotyzmu.
Permutacja: "Prawdziwi Słowianie". Dziwna mieszanka nazizmu i panslawizmu. Do tego neopogaństwo w chorym wydaniu, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistą kulturą słowiańską. Już ja wiem więcej o tamtych czasach... A dobijają mnie dumne, bojowe teksty ulubionych "twórców" tej zbieraniny przegrańców...
Co tu dużo mówić, bycie fanatukiem jest dla smutnych, przegranych ludzi, którzy nie mają światu nic do zaoferowania. Z tego powodu szukają jakiejś grupy, która przyjmie ich jak swoich. W takich organizacjach nie trzeba wykazywać indywidualnych talentów, jest to wręcz przeciwwskazane. Najlepiej być kolejnym mięśniem i kolejnym gardłem, a wszystkim pokieruje Wódz, o ile dana banda ma kogoś takiego... Zwykle, niestety, ma.
Przeglądu chorych grup i indywiduów ciąg dalszy już wkrótce.
Wysłane 2005-05-16 12:12:27
skomentuj (2)