Strona główna

[Dziedzictwo] Rozliczenie



- Wybacz, Styku. Nie chciałem, żeby tak wyszło...

Blade wargi chłopaka rozciągnęły się w bolesnym uśmiechu.

- Mógłbyś chociaż raz nie kłamać... Dobrze wiedziałeś... że tak będzie...


Przyszli po niego gotowi na walkę do ostatniej kropli krwi. Tymczasem Malkavianin nie stawiał żadnego oporu. Z uśmiechem na ustach czekał, aż przebiją go kokiem. Jakby wiedział. I nawet teraz, mimo wbitego na całą długość kawałka drewna, nadal się szczerzył.


- Na co.. czekasz?


Tzimisce odwrócił się.

- I tak mnie nie zdradzisz. A zanim cię znajdą...

- Ty już zabijesz swojego ojca... albo sam będziesz martwy - dokończył Styku. - W takim razie... lepiej leć. O mnie się nie martw. Może któryś ghul wpadnie... i mnie odkołkuje.


=+=


- Jesteś pewien, że go nie ostrzegł? - Emilia docisnęła gaz. Samochód pędził ciemnymi ulicami Łodzi, oddalając się od Bałut.

- Styku, czy mój syn? - mruknąłem, chociaż odpowiedź była oczywista. Moja najstarsza latorośl była zawsze bezczelna i niepokorna. Ale tym razem Stefan posunął się o krok za daleko. Chociaż... Jaki ojciec, taki syn.


- No przecież, że Stefan.


- Wątpię. Niewiele by z tego miał. Pójdzie raczej do Aleksandra. Dwie pieczenie na jednym ogniu, zdrajcy i konkurencja.

Jarek skrzywił się. - Powinniśmy go znaleźć.


- Nie ma czasu. Jeszcze dzisiaj musimy załatwić sprawę i wyjechać. Policzę sie z nim kiedy indziej...


Nie spodziewałem się, ile będzie mnie kosztować ta decyzja. Gdybym wiedział, odnalazłbym szczeniaka i urwał mu łeb jeszcze przed wizytą u ojca...


=+=


Biskup przyjął ich w okazałym salonie. Wbrew popularnym opiniom o Tzimisce, dom był zadbany i czysty, jak w zamazanych wspomnieniach Pawła. Makabryczne zainteresowania pana domu ograniczały się do piwnicy. Tutaj dominowała inna dziedzina - broń, zwykle dość stara.


Znał ten dom. Przez pół roku, które wolałby naprawdę zapomnieć, było to jego schronienie... chociaż jego najgorszy koszmar mieszkał razem z nim. Był jego gospodarzem.


- Wiesz, zabolało mnie, gdy uciekłeś - biskup skinął na ghula, gdy już usiedli w fotelach. Sługa, uroczy chłopak, podał kielichy. Wyglądał na tle innych służących jak anioł; jego uroda miałą w sobie coś z kobiecości. Efekt Zniekształcenia, pomyślał Paweł.

- Masz rację - odezwał się biskup. Pawłowi zajęło chwilę uświadomienie sobie, że biskup nie czyta w jego myślach, lecz po prostu uważnie obserwuje... i zauważył zrozumienie w jego oczach. - Gabriel jest moim najpiękniejszym dziełem. Przygarnąłem go po twoim odejściu... Służy mi bardzo wiernie.

Pieszczotliwie dotknął policzka ghula, zmazując bez śladu pieprzyk pod okiem.

- Ale powiedz mi... synu... co się z tobą działo od twojego odejścia? Wróciłeś właśnie w momencie, gdy najbardziej tego chciałem...


To był odpowiedni moment. Wymagał tylko dobrego rozegrania kart.


- Wybacz, ojcze... ale wolałbym rozmawiać o tym w węższym gronie. Nie ufam nikomu, kto nie jest z naszej krwi... Nawet jej - wskazał głową na Emilię. - Rozumiesz więc... nie mogę nic powiedzieć, dopóki w tym pokoju są ghule.


Palec biskupa okrążył brzeg pucharu, zgarniając kroplę krwi, a następnie uniósł się do kształtnych, jakby wyrzeźbionych z marmuru warg.

- Wątpisz w lojalność moich sługów?

- W ich dyskrecję. Wątpię, czy pourywałęś im języki... albo czy każdego z osobna złamałeś.

Klielich stuknął o blat, wargi rozciągnęły się w uśmiechu.

- Masz rację. Nieliczni dają się trwale złamać... a wtedy bardzo tracą na wartości. Sam mnie tego nauczyłeś... Dobrze - machnął ręką. - Wyjdźcie. Najlepiej wracajcie do swoich pokojów, wezwę was. Ty też - uśmiechnął się, nie bez złośliwości, do swojego faworyta. Ten otworzył usta, ale nic nie powiedział. Ukłonił się i wyszedł.


Paweł przeszył Emilię zimnym wzrokiem. - Ty też. I nie podsłuchuj. - Gangrelka wyszła bez słowa chociaż wiedział, że w innej sytuacji bardzo by ją zranił... Ale teraz wiedziałą, że musi zachowywać pozory. Drzwi zatrzasnęły się, w salonie pozostali tylko trzej Tzimisce.


Biskup pokręcił głową.

- Wybrałeś sobie całkiem ładną maskotkę.

- To nie maskotka... Opiekuję się nią, bo dałem słowo jej ojcu.

- Gangrelowi? Cóż, wiele się jeszcze musisz nauczyć...

- Moja podopieczna przynajmniej nie bierze pod uwagę, że mogłaby mi pyskować... - Paweł uśmiechnął się cierpko. Biskup wstał z fotela i podszedł do kominka, żeby nalać więcej vitae.


- Gabriel jest uroczy i wierny, ale zbyt ambitny. Wierzy, że przyjmę go do klanu... ubzdurał sobie nawet, że mu to obiecałem. Kiedy indziej może nawet bym to zrobił, ale los zwrócił mi ciebie.

- Co z nim zrobisz? Chyba jest zazdrosny.

- Jeśli będzie uciążliwy, po prostu go zniszczę... Nieposłuszny sługa to marnotrawstwo czasu i uwagi - podał Pawłowi kielich. Jarek siedział obok, milcząc. Wiedział dobrze, że w domu Tzimisce panuje ścisła etykieta... a ta zakazywała szczenięciu jego pokroju wypowiadania się bez pytania.


Paweł wypił i zaczął wreszcie opowieść - oczywiście, odpowiednio spreparowaną. Nie wspomniał nic o warszawskich czasach. Po Rytuale Wcielenia wykopał się dopiero następnego wieczora i od tej pory błąkał się, bez pamięci, aż w końcu zagrzebał się znów w ziemi. To było, jak zorientował się po przebudzeniu, w okolicy Bydgoszczy. Miał szczęście, znalazł sforę, która się nim pote zaopiekowała. Reszta zgadzała się mniej więcej z rzeczywistością. Przyznał się nawet do tego, że zamordował kapłana sfory...


Biskup roześmiał się cicho.

- Znałem go. Jako Tzimisce był bezwartościowy. Zero finezji, zero honoru. Zbyt otwarty ze swoimi ambicjami. Jesteśmy Smokami, nie słoniami.


Paweł kontynuował swoją historie, aż do przybycia do Łodzi. Widział, że jego ojciec niemal pęcznieje z dumy; ten młody nieudaniec jednak pokazał pazur, był godnym potomkiem.


Biskup wstał w końcu, aby znów napełnić kielichy. Paweł również wstał.

- Piękna kolekcja broni, ojcze... chociaż zdawało mi się, że była mniejsza - zdjął ze ściany ciężki miecz. Musiał się teraz uspokoić. Zwykła rozmowa o broni. Żadnego zdenerwowania, napięcia.

- Prawda? Powiększyła się od twojego odejścia - stary Tzimisce rzucił mu spojrzenie przez ramię. - A, to. Prezent od pewnego Furiata. Twierdził, że znalazł sobie lepszą zabawkę. Jako ignoranta w kwestii historii łatwo go przekonałem, żeby oddał mi to cacko... - podał Pawłowi naczynie i podszedł do przeciwległej ściany. - To, co trzyamsz w ręku, to Claymore. Bardzo stary i bardzo kosztowny. A ten tutaj - wskazał na miecz przed sobą - to krzyżacka robota. Solidny. Każdy kolekcjoner chciałby go mieć.


Kątem oka dostrzegł, jak coś błyszczącego leci przez pokój. Obrócił się i zobaczył rozpryskujący się o ścianę kielich. W następnej chwili potężny cios w bark zwalił go z nóg.


Paweł jeszcze raz uniósł miecz, tnąc oburącz z góry. Stary wampir wierzgnął na oślep, przewracając go, zanim ostrze go dosięgło.

Jarek rzucił się, ale było już za późno. Okaleczone ciało na podłodze zaczęło ciemnieć i rosnąć...


=+=


Jakiś ciemny kształt przesunął się nade mną... potem usłyszałem tylko krótki krzyk i odgłos rozrywanego ciała. Wiedziałem, że to był mój ojciec. I że mój syn w tym momencie przestawał istnieć.


Miałem wrażenie, jakby gdzieś w środku, w miejscu gdize miałem serce, rozlał benzynę i podpalił. Poczułem ubranie pękajace na moim grzbiecie. Przez głowę przemknęło mi jeszcze tylko jedno: "Mam nadzieję, że Emilia zaryglowała nas od zewnątrz". Potem - był już tylko ogień i krew.


=+=


Drzwi otworzyły się z hukiem. Pośrodku zdemolowanego salonu Emilia zobaczyła dwie olbrzymie postacie, splecione w jakimś przerażającym uścisku. Ciemny zulo, jakiego pamiętała z czasów starej sfory, starał się wyrwać białej istocie, którą znała o wiele lepiej. Kły Pawła wbite był głęboko w gardło drugiego Tzimisce, któremu coraz wyraźniej brakowało sił.


W końcu szpony rozluźniły się i ciemny kształt padł na podłogę, powoli rozsypując się w pył. Biały zulo uklęknął przy leżącym obok, poszarpanym ciele. Podniósł z ziemi urwaną, nie sypiącą się jeszcze głowę i zawył. Pobiegła do niego.


W drzwiach stanął Gabriel, a za nim reszta ghuli. Paweł wstał, utrzymując dalej swój potworny, chociaż i tak złagodzony kształt.

- Krew waszego pana płynie teraz w moich żyłach. Ta sama krew, której służycie. Wracajcie do swoich pokojów. Wszyscy.

Nie mogli nie usłuchać. Jedynie Gabriel pozostał na swoim miejscu.

- Ty też. Nie martw się, wypełnię to, co przyrzekł ci mój ojciec.


=+=


Samochód pędził w stronę dworca. Nie mieliśmy dużo czasu, łuna była widoczna nawet z tej odległości.

Warto było poświecić trochę wiecej czasu i wynieść z domu część kolekcji mojego ojca. Znałem w Warszawie kogoś, kto mógłby się nią zainteresować.


Takimi myślami próbowałem zagłuszyć sumienie. Nie udawało mi się.


Mój syn nie żył. Z mojej winy. Powinienem był odprawić go razem z Emilią, pies ogryzł pozory.


Zabiłem swojego ojca. Pożarłem go. Zasługiwał na śmierć, wiedziałem o tym... ale traz uświadamiałem sobie, że wcale sie go nie pozbyłem. Diedział gdzieś głęboko we mnie, wyjąc z wściekłości, ale też śmiejąc się ze mnie.


Potem przyszedłem do każdego ghula z osobna... Wypiłem ich wszystkich, cicho i dyskretnie. Wielokrotne morderstwo.


A najbardziej z nich było mi żal Gabriela. On naprawdę wierzył, że napoję go i będzie moim dzieckiem... Ale nie mogłem. Położyłem jego ostygłe ciało w salonie, przy jego panu, razem z innym ghulem. Byli w podobnym wieku, co ja i Emilia. Najlepiej nadawali się do zamaskowania tego, co zrobiliśmy.


Podłożenie ognia pod dom nie było problemem. Mogli uznać, że nie zdążyliśmy uciec i spaliliśmy się razem ze wszystkim. Ojciec nie miewał wielu gości, więc zniknięcie części broni ze ścian zostanie zauważone dość późno...


Pozostawało dotrzeć na pociąg i uciekać z miasta. I mieć nadzieję, że w Warszawie nie ogłosili jeszcze Łowów...


Spojrzałem na Emilię. Z zaciętym wyrazem twarzy prowadziła samochód, łamiąc chyba wszystkie możliwe przepisy. Nagle odwróciła sie do mnie i uśmiechnęła. I wtedy, chociaż tylko przez moment, czułem, że jednak zrobiłem coś dobrego.


=+=


Gorący wiatr rozwiewał długie włosy chłopaka, gdy patrzył bez większego strachu na płonący dom.

- Powodzenia, braciszku... I niech cię tam w Warszawie nie zagryzą.

Roześmiał się głośno i odszedł. Malkavianie nie zdradzają swoich braci. Nawet, jeśli sami zostali zdradzeni.



Wysłane 2005-08-29 17:18:25
skomentuj (1)